NYPuzzle

Co jest dobrego w byciu Amiszem?

„Co jest dobrego w byciu Amiszem? Jaki jest tego sens?” zapytała dziewczynka z żydowskiej rodziny ortodoksyjnej przewodniczkę po wiosce Amiszów.
Nie dostała odpowiedzi…, ale smaczek był – jedna dość ekstremalna z naszej perspektywy grupa z zadziwieniem obserwuje drugą, jako ciekawostkę…
Uciekliśmy na chwilę z NY, na łono przyrody. Trafiliśmy więc do rzeczonej Amish Village. Do dziś nie używają elektryczności ( ale żeby nie było – wszystko można obejść – lampy, lodówki i piecyki są na gaz), rzadko miewają telefony, o smartfonach, TV i komputerach nie wspomnę – chyba, że dla celów biznesowych. Młodzi co prawda się powoli buntują – wyłomy modowe np. zaczynają się w obuwiu – z czarnych trzewików na rzecz klapek, croksów, trampek:), a toalety i prysznice są już normalne. Nie są już samowystarczalni jedzeniowo – jeżdżą normalnie – samochodami lub tradycyjnymi powozikami do … marketów.
20 % członków wspólnoty odchodzi – co w dzisiejszych czasach nie jest już powszechnie karane anatemą, tzw. shunning. Decyzja o porzuceniu amiszowego życia była wcześniej potępiana zwłaszcza wtedy gdy następowała po konfirmacji (chrzcie) w wieku lat 16. Przed ostatecznym wyborem życia amiszowego młodzi ludzie mają czas na próbowanie życia poza wspólnotą – większość z nich w niej pozostaję. Szkoła tylko 8-letnia, nauczyciele są również absolwentami takowej, a ważniejszą cnotą od kompetencji jest przykładne zgodne z amiszowymi zasadami życie.
Co ciekawe, są bardzo świadomi i obiektywni w określaniu różnic w systemach edukacyjnych ichnim i publicznym, o czym informuje wielka tablica w dawnej szkole. Rzemiosło jest w cenie – po szkole chłopcy pracują na farmie, są stolarzami itp. a dziewczynki gotują, piorą, cerują , haftują, szyją. Rodzina i wspólnota nade wszytko co umożliwia wzajemne wspieranie się i odrzucanie opieki społecznej. Jako potomkowie anabaptystów ze Szwajcarii mówią dialektem niemieckim i czytają Biblię po niemiecku.
Żyją na pewno bardziej ekologicznie niż reszta społeczeństwa – atrakcją w wiosce jest sznur z praniem! Radośnie powiewające na wietrze galoty, suknie i spodnie są bowiem zakazane w USA – nie wolno szpecić krajobrazu praniem – suszymy więc w suszarkach. Wyobrażacie sobie jakie to jest zużycie prądu??. Powinni ukuć hasło w stylu PRANIE JEST ZAJEBISTE i zrobić szarżę na podwórka i balkony:) z moimi eko obsesjami mam tu pole do popisu, ale o tym kiedy indziej.
Leczyliśmy więc troski i lęki o przyszłość świata w nurtach niezwykle czystej i przejrzystej rzeki Delaware i na pięknych szlakach w jej pobliżu. Zamieszkiwali ongiś te tereny Indianie Lenape, a rzeka zwała się wtedy Lenapewihittuk. Indianie ci są nam szczególnie bliscy ideowo– nastawieni pokojowo, żyli w szacunku dla natury i dążąc do harmonii z nią, świadomi kruchości ludzkiego żywota. Przydałby się dzisiaj taki powrót do korzeni…
Ewa cały czas się denerwowała możliwym spotkaniem z niedźwiedziem ( ulotki polecały trzymać dystans 100 jardów i nie nosić intensywnie pachnącego jedzenia), ale jedynym groźnym momentem był atak osy na motyla! Wtrąciliśmy się i motyl zostanie zjedzony kiedy indziej 🙂
Świetna była to wycieczka, a wiele obrazów – np. stare domy z cudnymi werandami i koniecznie (!!) bujanymi fotelami, wykoszonymi elegancko trawnikami, ogrodami totalnie pozbawionymi płotów – dokładnie jak w filmach.
(dziękujemy Teresie i Marianowi za inspirację)

Author


Avatar