NYPuzzle

Atlanta

ATLANTA to moje wielkie rozczarowanie! Wszystkie marzenia i wyobrażenia legły w gruzach. Jako wielka i odwieczna niemalże miłośniczka „Przeminęło z wiatrem,” jadąc na południe musiałam po prostu tam zajrzeć, poczuć ducha dawnego miasta, które rozkwitało po znojach Wojny Secesyjnej także dzięki tartakom i sprytowi Scarlett O’Hara 😉
Oczywiście wcześniej nie wygooglowałam niczego, żadnych ulic – nic, wszystko zostawiając rzeczywistym doznaniom, których … nie było.
W ogóle źle się zaczęło – powitał nas rzęsisty deszcz i nadto gęsta sieć odnóg autostradowych, na których mimo GPS pogubiliśmy się kilka razy. Kiepska wróżba.
Domeczek, w którym Margaret Mitchell mieszkała kilka lat od 1925 roku i gdzie napisała większość powieść, otoczony jest okropnymi biurowcami. Ulica Brzoskwiniowa…. Ruchliwa okropnie. Żadnych drzew, uroczych schodków, skrzypiących futek, kwiatów, krzewów, historii czających się za rogiem. Po prostu nic!
Ale domek fajny i historie z nim związane jeszce bardziej. Właściwie MM wynajmowała tam jedynie, wraz z drugim mężem Johnem, parterowe, ciasne i skromne mieszkanie, które, jako panna z bogatego i wygodnego domu, zwała Norą 🙂
Złamawszy sobie po raz drugi kostkę, siedziała unieruchomiona w domu, przeczytała już chyba całą miejscową bibliotekę, więc mąż któregoś dnia przyniósł używaną, podróżną maszynę do pisania i zachęcił Margaret do twórczości własnej: „Na miłość boską Peggy, czy zamiast czytać tysiące książek nie możesz napisać własnej?!”
Jako dziennikarka, pisarka od małego (kochała tworzyć książki już jako mała dziewczynka), ogromna miłośniczka opowieści z czasów wojny secesyjnej, zaczęła przelewać wszystkie słyszane od małego opowieści na papier, fabularyzować je i dopieprzać. W pierwszej wersji Scarlett nosiła imię …Pansy ( zupełnie bez wyrazu!:)).
W ciągu trzech lat powstała książka, której nie zamierzała wydać. Mitchell bowiem bardzo nisko oceniała własne talenty pisarskie. Każdy rozdział wkładała do oddzielnej koperty – całość zajęła dwie walizki, gdy w końcu znajomy Margaret, przedstawiciel Macmillana przekazał maszynopis do oceny w centrali.
Co ciekawe – zaczęła od końca!!! Od tego okropnego końca, z którym nie mogłam i nie mogę się pogodzić, a niezgoda na to zakończenie przechodzi na kolejne pokolenia w naszej rodzinie 😉. Twierdziła, że rozpoczynanie od zakończenia pozwala jej trzymać postacie, ich losy i fabułę w ryzach. Metodę tę stosowała także jako dziennikarka Atlanta Journal.
W muzeum nie ma oryginalnych mebli – jedynie z epoki i odzwierciedlające klimat Nory. Można więc siadać na krzesłach, fotelach i kanapach. Można tam także obejrzeć doskonały dokument o kulisach powstawania filmu. Był to niesamowity projekt!
Skatowałam nim moją rodziną i ponad godzinę zachłystywałam się ciekawostkami z planu. Najważniejsze z nich – film powstał w 125 dni, producent David Selznick w zabójczym tempie i nafaszerowany amfą stworzył i potem zmieniał scenariusz, reżysera, filmowca w trakcie tworzenia filmu, powstanie muzyki zlecił na ostatnią chwilę i był niesamowitym detalistą – perfekcjonistą, który wtrącał się we wszystko.
Ani Clark Gable (Rhett Butler) ani Leslie Howard (Ashley) nie chcieli grać swoich ról. Gable obawiał się, że nie udźwignie wygórowanych oczekiwań czytelników (i czytelniczek przede wszystkim) wobec postaci, a Howard uwazał, że jest za stary (był! – musieli mu farbować włosy i tuszować zmarszczki mimiczne). Dodatkowo filmowy Ashley nie przeczytał książki, jedynie swoje partie! Do wzięcia udziału w przedsięwzięciu skusiła go obietnica zostania producentem kolejnych filmów. Clarkowi Gable ponoć strasznie capiło z paszczy, sceny pocałunków były więc wyzwaniem samym w sobie, ale to wiem z innych, mniej lojalnych źródeł.
Słynna scena pożaru z Atlanty to palenie pozostałości scenograficznych po King Kongu i Ogrodów Allaha, po to by zrobić miejsca na Tarę, Dwanaście Dębów i Atlantę.
Mieliśmy także okazję porównać próbne nagrania przepięknej Vivien Leigh i jej konkurentek o rolę Scarlett – była naprawdę najlepsza! Pozostałe panie były mdłe, sztuczne , pozbawione mimiki i brzydkie.
Mąż Mitchell obejrzawszy epicką scenę leżących przy dworcu rannych skomentował – „Gdybyśmy mieli tylu żołnierzy – wygralibyśmy!” Genialne sztuczki montażysty, zastosowanie siedmiu kamer w technikolorze, czarni aktorzy nie mogący wziąć udziału w premierze filmu, w Atlancie….ojej mogłabym mnożyć, ale oszczędzę 🙂
W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć, że uwielbienie dla Rhetta i żal nad głupotą Scarlett w dzieciństwie dzieliłam z Zuzanna Krzyżostaniak , koleżanką ze szkolnej ławy, której ten post dedykuję. I do dziś nie wiem, dlaczego na DKF, gdzie w końcu udało mi się obejrzeć tę wymarzoną produkcję poszłam z babcią, a nie z Zuzą, albo chociaż z nimi dwiema!

Author


Avatar